Listy od przyjaciela – list nr 2 - o tożsamości i poznawaniu samego siebie
Pamiętasz tę piosenkę Sikorowskiego? Szło to jakoś tak: „W Krakowie lato było wczoraj, na astry żółta przyszła pora”. Więc przyszła jesień a z nią nostalgia.
Pamiętasz? – rozmawialiśmy kiedyś o różnych snach, jakie mieliśmy jako dzieci i później. I o znaczeniu niektórych z nich. Doszliśmy wówczas do wniosku, że niektóre sny czasem otwierają nam oczy i pozwalają spojrzeć na niektóre sprawy w całkiem nowy sposób. Tak było i ze mną, gdy ładnych parę lat temu „miałem sen” (wiem, wiem – już był jeden taki, co się chwalił, że miał sen - M.L. King; dlatego spieszę od razu donieść, że mnie się śni skromnie, jak większości, i że nie mam urojeń wielkościowych).
Więc w tym śnie ktoś ukazywał mi, że własna tożsamość wywodzi się nie tylko z przeszłości, z korzeni i tego jak kształtowała się droga życiowa człowieka, lecz również z celu, do którego się zmierza. Cel do którego człowiek dąży, wartości, które ceni, co ukochał w swym sercu – to właśnie określa człowieka w sferze tożsamości w większym nawet stopniu, niż korzenie przeszłości.
Wydało mi się to wówczas ważne i dla mnie nowe.
Jak się jednak później okazało, nie była to wcale myśl nowa, ale znana już od starożytności. Grecy nazywali to przyczyną celową (pisał o niej wiele np. Arystoteles). Uważana była nawet przez wielu za istotniejszą od przyczyny sprawczej. Jest podstawą rozumowania teleologicznego, które zostało dziś w praktyce skutecznie wyeliminowane z obowiązującego współcześnie paradygmatu metodologii naukowej. Jak jednak wiemy, paradygmaty się zmieniają. Ale to, przyjacielu, oddzielny temat, na inną okazję.
Jak wiesz, przed wejściem do świątyni w Delfach widniał napis: „Poznaj samego siebie”. To chyba jedna z najbardziej znanych maksym, które odziedziczyliśmy po starożytnych.
Otóż człowiek często się łudzi myśląc, że co jak co, ale siebie zna najlepiej. Prawda jednak jest taka, że na swój temat ma zazwyczaj dość fałszywe wyobrażenie. Brakuje nam dystansu do siebie, brakuje takiego lustra, w którym byłby zmuszony się przejrzeć i zobaczyć siebie bardziej obiektywnie. Zazwyczaj wydaje nam się, że jesteśmy więksi, że mądrzejsi i ogólnie lepsi niż w rzeczywistości. To chyba Kisiel powiedział kiedyś, że ludzie dzielą się na nauczycieli (ja pana nauczę), ekshibicjonistów (ja panu pokażę) i nieznanych (pan nie wie, kto ja jestem). Bywa czasem, że mniemania idą w drugą stronę (zaniżenie wartości). Ogólnie jednak rzadko się zdarza ktoś na tyle dojrzały, by mieć realistyczny obraz siebie, by nie łudzić się „wyższością” lub poniżać chorobliwie, ale postrzegać siebie takim, jakim w rzeczywistości się jest.
Można byłoby więc pomyśleć, że to nawoływanie starożytnych do poznania samego siebie osiągnie swój cel, jeśli człowiek zdoła zobaczyć siebie takim, jakim jest, bez złudnych projekcji na swój temat, kto wie czego tak naprawdę chce, skąd wyrasta (wektor przyczyn sprawczych) i do czego zmierza (wektor przyczyn celowych). Ale czy rzeczywiście w ten sposób pozna już dogłębnie samego siebie? Czy tylko o taki rodzaj poznania chodziło starożytnym?
Wróćmy jeszcze na chwilę do wizji tożsamości z mojego snu, choć w dobie szalejących ideologii związanych z gender i LGBT może to być ryzykowne. Kim jestem, co to znaczy być R.? Natykam się na szereg ról jakie odgrywam w życiu – ojca, męża, syna, przyjaciela, urzędnika. Prócz tego kłębek rozmaitych emocji - lęków, pragnień, nadziei.
Gdy poszukuję rdzenia, owego ja, które jest podstawą, warunkiem zaistnienia tych tożsamości i próbuję wiązać to, co wcześniej opisałem, we w miarę spójną całość zwaną osobowością, wówczas to „ja” rozpływa się gdzieś w kolejnych odsłonach i (tak jak opisywał to już W. James) natykam się jedynie na sferę mego – mój dom, moja praca, moje ciało , moje uczucia, mój charakter. Zawsze jednak umyka owo ja, dzięki któremu możliwe jest moje.
Tożsamość osobowości, to co wiemy (lub możemy się dowiedzieć) na swój temat, określane jest przez sferę mego.
Jesteśmy bardzo przywiązani do własnego obrazu siebie, mamy własną dumę i godność. I nie zamienilibyśmy tak naprawdę siebie (miłość własna?) na kogoś innego, tak jak nie zamienilibyśmy własnego rozumu na inny, w przeciwieństwie do fortuny, co zauważył już książę de la Rochefoucauld. Większość z nas ma na ogół niejasne przeświadczenie, że fortuna (los) nie należy do sfery mego, że nie jest moja, lecz że nas spotyka i to nie zawsze zgodnie z zasługami, zwłaszcza gdy jest ona niepomyślna.
Fortunę odbieramy często jako przychodzącą z zewnątrz, ze świata, z którego przychodzą choroby, nieszczęśliwe wypadki, złośliwe dla nas zrządzenia. Gdy jednak fortuna nam sprzyja to mamy przeświadczenie o własnej zasłudze i o tym, że to nasza własna moc włada i wymusza na świecie jego przychylność. Na ile człowiek jest kowalem własnego losu, a na ile panuje nad nami fatum? To jednak pytanie, na które szukanie odpowiedzi potrzebna jest inna, niż ten list, okazja.
Czas upływa, przemija i zmienia się postać świata, nic nie jest stałe – taka jest arche Heraklita. Jeśli tak jest, to nie ma żadnej tożsamości rzeczy, ponieważ w każdej chwili czasu mamy do czynienia z inną rzeczą, a jej pozorna tożsamość jest możliwa jedynie dzięki działaniu abstrakcji, która pozwala w tej zmysłowej zmienności uchwycić coś stałego i utrwalić w pojęciu ogólnym.
Podobnie jest z ludźmi. Często trudno uchwycić tożsamość osoby, którą aktualnie jesteśmy, z osobą, jaką byliśmy dziesięć lat wstecz, dwadzieścia, czy z okresu dzieciństwa. Gdy pomimo trudności próbujemy to robić, często spotykamy się z wrażeniem obcości, że było się kiedyś kimś innym.
Inna sprawa to przypadki schizofrenii, gdy osobowość człowieka rozszczepia się na dwie lub więcej osobowości, z których każda dąży do dominacji i zawładnięcia całą świadomością.
Jeszcze inny przypadek to pranie mózgu lub inicjacje, podczas których usuwana jest ze świadomości stara tożsamość, a na jej miejsce dawana nowa.
Wszystko to skłania do ostrożnego wniosku, że nasza uwikłana egzystencjalnie i historycznie tożsamość nie ma charakteru absolutnego, że sama z siebie nie jest substancjalna. Dla „ja” tożsamość-osobowość jest jak ubranie, które można zmieniać, bez uszczerbku dla swego bytu, dla istnienia. Na pierwszy rzut oka taki wniosek może się wydać niebezpiecznym wnioskiem, gdyż może sprzyjać chaosowi, jaki wprowadza współczesna ideologia genderyzmu i różnych tego typu ideowych hybryd, które krążą wokół środowisk LGBT. Jednak wniosek ten mówi jedynie o możliwości zmiany tożsamości, ale nie mówi, że można i należy to czynić w dowolny sposób, tak jak np. używanie wolności – z tego, że mi coś wolno nie wynika, że wszystko będzie dla mnie pożyteczne.
„Genderyści” uważają inaczej, że można w dowolnym kierunku kształtować i zmieniać tożsamość, że jeśli można – to należy eksperymentować, nawet jeśli po omacku. Głęboko nie zgadzam się z takim podejściem, które nie widzi nic złego w manipulowaniu przy naszych tożsamościach dowolnie i wchodzić w kompetencje Boga. Jednak przecież nie wykluczam zmian w tożsamości, które dzieją się przecież w ciągu naszego życia – jedne na lepsze, inne na gorsze. Ale metodą zmiany nie powinna być inżynieria społeczna, a np. moralność, której przestrzeganie może nas prowadzić do przemiany na lepsze, stania się lepszymi ludźmi. I nie wbrew naturze, wbrew harmonii kosmosu, wbrew Bogu.
To „ja”, dzięki któremu możliwe jest zaistnienie „mego” można byłoby roboczo i dla wygody nazwać „ja transcendentalnym”, a więc w nawiązaniu do pojęcia wypracowanego przez Husserla, jako pewną podstawą – warunkiem poznania czegokolwiek i ukonstytuowania się świata. Jest czymś, co umożliwia zaistnienie świadomej siebie osobowości, która może określić swą tożsamość, że jestem taki lub siaki , że jestem tym lub owym. Przecież jednak owo ja nie jest tym samym co osobowość i tym, z czym ona się utożsamia. Jest czymś niezależnym od tożsamej osobowości, którą możemy zredukować dla potrzeb jasności wywodu do sfery „mego”, gdyż pomimo, że ta się nieustannie zmienia i przekształca, nie ma to wpływu na to najgłębsze „ja”, nadające sens temu co „moje”. Wydaje się, że to najgłębsze „ja” pozostaje niezmienne.
Jednak to „ja” w tym kontekście przestaje mieć charakter egotyczny, tj. taki, który odnosi wszystko do siebie. Raczej powinno się mówić o podmiocie, czyli kimś, kto doświadcza.
Dochodzimy tu do obszaru, w którym „same z siebie” uruchamiają się spekulacje, myśli rozmaite, które nie zawsze mają dostateczne ugruntowanie. Weźmy np. taką - jeśli nie możemy nigdzie odnaleźć owego „prawdziwego” ja, gdyż docieramy w analizie jedynie do sfery „mego”, to może chrześcijańskie podejście, nakazujące naśladowanie Jezusa Chrystusa i utożsamianie się z nim aż do przebóstwienia (gr. theosis), jest drogą wiodącą do naszej prawdziwej tożsamości, objawiającej się dopiero w zjednoczeniu z Bogiem, które tym samym objawia przed nami naszą prawdziwą naturę. Jeśli znika wszystko co „moje”, to pojawia się miejsce i przestrzeń dla naszej najgłębszej i prawdziwej tożsamości, jaką jest Jezus Chrystus, do którego, jako chrześcijanie, chcemy się upodobnić, utożsamiając z nim.
Bo jak to określił w jednym z udzielonych przez siebie wywiadów Jan Paweł II „ład każdej rzeczy pochodzi z poza niej, z jej przyszłości, z jej celu”, a tym celem dla chrześcijanina jest realizacja pełni człowieczeństwa możliwa w zjednoczeniu, poprzez Chrystusa, z Bogiem. Zrealizowanie w ten sposób potencjału „dzieci Bożych”, który człowiek zagubił wraz z grzechem pierworodnym.
Dopiero w takim oświetleniu można mówić o tej najgłębszej tożsamości człowieka i o poznaniu siebie, do czego nawoływała maksyma ze świątyni delfickiej.
Tak więc poznanie samego siebie odnosiłoby się nie tylko do poziomu egzystencjalnego, ale również do wymiaru metafizycznego.
Czym wobec tego, w powyższym kontekście, jest tzw. samorealizacja, do której z takim upodobaniem odwołują się rozmaite współczesne koncepcje antropologiczne? Co chcemy realizować? Jakiego siebie? Kim jesteśmy? Co jest celem człowieka?
Jak sam wiesz, współczesny relatywizm, negujący możliwość istnienia prawdy obiektywnej, uważa, że tyle jest celów, ilu jest ludzi, gdyż każdy dąży do czegoś innego. Jednocześnie jednak podkreśla, że tak naprawdę to nie istnieje żaden cel, gdyż wszystko kończy się wraz ze śmiercią, a po śmierci nie ma już nic. Czasem pojawiają się pewne modyfikacje tego poglądu, że np. człowiek po śmierci „wraca” do kosmosu i staje się jego częścią, co fizycznie jest prawdą, bo choć struktury atomów, z których składało się ciało człowieka, ulegają rozpadowi, jednak w to miejsce tworzą się struktury nowe, bo np. pogrzebane ciało stanie się pożywką użyźniającą glebę, a z niej czerpać będzie roślina, rośliną się pożywi zwierzę, w którym znajdą się tą drogą jakieś atomy wchodzące niegdyś w skład obumarłego ciała. Czyli staje się to, o czym mówił Arystoteles, że materia przybiera inną formę. Przecież jednak tego, że ktoś był człowiekiem nie definiowało tylko jego ciało, lecz świadomość i wola, czyli duch. Czy on również wraca do kosmosu i przybiera inną postać (formę), jak sobie to np. wyobrażają zwolennicy metampsychozy? A może tylko „rozpuszcza” się w tym kosmosie, czyli zwyczajnie znika, unicestwia?
Czytając kiedyś „Pamięć i tożsamość” Jana Pawła II, zwróciłem uwagę na takie zdanie: „(...) głębsze poznanie prawdy, a przez to samo również pogłębieniu i gruntowaniu własnej tożsamości.”
Zbaczając z tej drogi, drogi Prawdy, człowiek jednocześnie oddala się od dobra i gubi swą najgłębszą tożsamość. Ucieka w ten sposób od siebie i własnej realizacji w najgłębszym sensie.
W tzw. liberalizmie współczesnym kwestia samorealizacji odgrywa, jakżeby inaczej, ogromną rolę. Lecz jeśli odrzuca się metafizyczny cel człowieka, jaki kreśli religia, jeśli odrzuca możliwość poznania prawdy, gdyż prowadzi to do „faszyzmu”, wówczas samorealizacja odarta z tego wszystkiego nie ma jakiegoś obiektywnego celu, nie zwraca się w kierunku transcendencji. Staje się rodzajem onanizmu, który dąży do samozadowolenia. Następuje wówczas apoteoza subiektywnej perspektywy. Jeden jest taki, drugi siaki. Ten lubi ogórki, tamten … .
Oglądając kiedyś francuski film „Amelia” zwróciłem uwagę na to, jak charakteryzowane są w nim kolejne postacie. Czyni to zza kadru głos narratora, który ujawnia ich prawdziwe upodobania. Wymieniając 5 rzeczy (jeśli dobrze pamiętam) które lubią i 5, których nie lubią. Pamiętam, że oglądając go uderzyła mnie lapidarność i trafność tych charakterystyk. W paru słowach mamy ujętą istotę. Wcześniej zetknąłem się z czymś podobnym czytając Zoszczenkę, choć to jedynie dalekie echo. Zoszczenko przez krótki opis (w różnych konfiguracjach) – „taki owaki” potrafił wyrazić charakter postaci i choć to dziwne, miało się wrażenie, że jest to opis bardzo plastyczny i bardzo trafny.
Te obrazki, które przytoczyłem wyżej, przypomniały mi się, gdy ostatnio zastanawiałem się nad niektórymi aspektami mojego życia, próbując dostrzec w nim to, co było w jakiś sposób dominujące, charakterystyczne. I wydaje mi się, że dostrzegłem u siebie pewien wzorzec (figurę), który w „Amelii”, (skądinąd urokliwym filmie) był skrzętnie pomijany, ale przez to być może paradoksalnie dość widoczny. W psychologii postaci Gestalt przyjmuje się, że każda postać (figura), by być widoczną, występuje na jakimś tle i zarówno postać jak i tło na którym się jawi mogą obserwatorowi wiele powiedzieć o sobie wzajem, tj. figura wiele mówi o tle, na którym się pojawia, a tło może powiedzieć wiele o figurze, nawet jeśli jest ona skrywana, jak w przypadku „Amelii”. Chodzi mi o wiarę, religię, o przeświadczenia i postawę wobec sacrum, idee i wzorce z tym związane, ufność w pewne sprawy, które wykraczają poza to, co świeckie. W „Amelii” sacrum, jeśli w ogóle, pojawia się na „świecki” sposób lub omijane jest szerszym łukiem, jakby było poza nawiasem życia i tego co istotne.
Wiec, jak już pisałem, możemy się zmieniać. Podstawową w tym rolę pełni owa przyczyna celowa, a co mi uświadomił ów sen, który wspomniałem na początku listu. Źródłem bezpośrednim tej przyczyny jest nasza wola, nie znaczy to jednak, że nie ma również źródeł pośrednich. Jednym z takich pośrednich źródeł są np. wzorce, na które się kierujemy, z którymi się utożsamiamy i w ten sposób przejmujemy ich cechy, stając się „na obraz” tych wzorów. Wzorce (wzory) są naszymi drogowskazami, którymi się kierujemy. Dlatego tak ważne jest, kto jest naszym wzorem, kim chcemy się stać. Dla współczesnej młodzieży są to najczęściej jacyś idole popkultury i to nie napawa optymizmem, jednak w dobie dominacji przestrzeni medialnej to coraz częstsze. Wzory, które można naśladować mają swe ucieleśnienie – urzeczywistniają się w konkretnych postaciach.
Jednak dla Chrześcijanina, dla Katolika, wzorem do naśladowania, aż do pełnej z nim tożsamości, jest Pan Jezus Chrystus.
Jest jeszcze i taki aspekt, że z obrazu-wzorca czerpie się siłę, która pozwala przezwyciężać własne korzenie egzystencjalne, jeśli te są negatywne i ciążą na nas– przysłowiowe „do szkoły pod górkę”.
Wybacz przyjacielu, jeśli mój wywód, mimo szczerych chęci, wyda Ci się zbyt pogmatwany, zawiły. Że całość jest okraszona skrótami myślowymi i uproszczeniami. Jednak chciałem Ci choćby w takiej formie przekazać pewne idee, nad którymi rozmyślałem.
RG
tagi: tożsamość
|
RG |
| 25 listopada 2025 12:22 |
Komentarze:
|
RG @RG |
| 25 listopada 2025 12:23 |
Pod listami nie biorę udziału w ewentualnej dyskusji
|
|
atelin @RG |
| 26 listopada 2025 10:08 |
Tam również pada pytanie "pamiętasz?" Niby niewinna książka a jaki dziwny życiorys autora.