-

RG : trochę tego, trochę tamtego

Listy od przyjaciela – list nr 10 – o nagich faktach w nauce.

Chciałem jeszcze na chwilę wrócić do naszego ostatniego spotkania, które odbyło się  w szerszym gronie, w knajpie przy Placu Żydowskim. Jak pewnie pamiętasz, w pewnym momencie temperatura dyskusji wyraźnie się podniosła, gdyż zarysowała się głębsza różnica zdań. Chyba nie najzręczniej broniłem wówczas swych racji, zbyt spięty, z sieczką w głowie. Chciałem więc chociaż Tobie wyłożyć moje racje w sposób bardziej składny, niż miało to wówczas miejsce.

Zacznę może od wyjaśnienia nieporozumienia, jakie pojawiło się podczas spotkania, a które wyniknęło, jak mi się zdaje,  z braku precyzji po mojej stronie. Ale tak się na ogół dzieje, gdy używa się skrótów myślowych, wymuszonych okolicznościami (formuła spotkania). A ów niezręczny skrót dotyczył krytyki pojęcia, którym ludzie nauki często operują - „nagich faktów” i ogólnie tzw. naukowego podejścia, a nie chciałbym być źle zrozumianym.

Z góry Cię również przepraszam za trochę nudną i sztywną formę tych moich tłumaczeń. Jakoś tak poszło mi w tym kierunku, może dlatego, że chciałem być bardziej precyzyjny i stąd taka, a nie inna forma przedłożenia swych racji.

Idea nauki

Idea nauki jako takiej nakierowana jest na poszukiwanie prawdy i z tak pojętą nauką wiara ma po drodze. Dość obszernie o tym pisał min. Jan Paweł II w swej encyklice „Fides et ratio”. Ale pisał tam również o tym, że nie można nadmiernie zawężać pojęcia rozumu oraz obszaru, którym rozum może i powinien się zajmować. Jedną z takich ideologii, która zgłasza dość arbitralne pretensje redukujące to co racjonalne do obszarów, którymi zajmuje się nauka, jest tzw. scjentyzm – pogląd bardzo popularny w niektórych kręgach.

Te zagrożenia Encyklika ujmuje w poz. 88 tak:

„. Kolejnym niebezpieczeństwem, jakie należy rozważyć, jest scjentyzm. Ta koncepcja filozoficzna nie uznaje wartości innych form poznania niż formy właściwe dla nauk ścisłych, spychając do sfery wytworów wyobraźni zarówno poznanie religijne i teologiczne, jak i wiedzę z dziedziny etyki i estetyki. W przeszłości tę samą ideę głosił pozytywizm i neopozytywizm, według których twierdzenia o charakterze metafizycznym są pozbawione sensu. Krytyka epistemologiczna wykazała bezpodstawność tego poglądu, teraz jednak odrodził się on w nowej postaci scjentyzmu. Sprowadza on wartości do poziomu zwykłych wytworów uczucia i odsuwa na bok pojęcie bytu, pozostawiając miejsce tylko i wyłącznie dla tego, co należy do sfery faktów. W tym ujęciu nauka, korzystając z postępu techniki, przygotowuje się do zdominowania wszystkich aspektów ludzkiego życia. Niezaprzeczalne osiągnięcia nauki i współczesnej techniki przyczyniły się do rozpowszechnienia mentalności scjentystycznej. Jej oddziaływanie wydaje się niczym nie ograniczone, gdy widzimy, jak przeniknęła ona do wielu różnych kultur, wywołując w nich radykalne przemiany.

Trzeba niestety stwierdzić, że scjentyzm zalicza wszystko, co dotyczy pytania o sens życia, do sfery irracjonalnej lub do domeny wyobraźni. Trudno też pogodzić się ze stosunkiem tego nurtu myślowego do innych wielkich zagadnień filozofii, które albo całkowicie ignoruje, albo też poddaje analizie opartej na powierzchownych analogiach, pozbawionych racjonalnych podstaw. Prowadzi to do zubożenia ludzkiej refleksji przez usunięcie z jej zasięgu owych fundamentalnych pytań, które animal rationale od początku swego życia na ziemi nieustannie sobie zadawał. Uporawszy się w ten sposób z krytyką opartą na wartościowaniu etycznym, mentalność scjentystyczna zdołała wpoić wielu ludziom pogląd, iż wszystko to, co technicznie wykonalne, staje się tym samym także dopuszczalne moralnie.”

Jak już gdzieś pisałem - bez idei prawdy i to w klasycznym ujęciu, jakie nadał temu pojęciu jeszcze Arystoteles, a więc prawdy jako zgodności poglądu z rzeczą, a w nauce zgodności teorii naukowej z rzeczywistością przez nią opisywaną – bez tej idei nauka zamieniłaby się co najwyżej w magię. W świecie postmodernistycznego relatywizowania wszystkiego i dekontrukcji również pojęcia prawdy, idea nauki zdaje się takiemu myśleniu skutecznie opierać. Ale już  jej praktyka daleko mniej, zwłaszcza w dobie komercjalizacji badań.

Tak więc nauka tak, ale nie bezkrytycznie i tylko o tyle, o ile faktycznie zajmuje się dociekaniem prawdy, a nie wykorzystywana jest do budowania zwodniczych idei prowadzących na manowce.

Napisałem, że idea nauki związana jest z poszukiwaniem prawdy. Jak jednak doskonale wiemy z doświadczeń życiowych, praktyka często daleko odbiega od wzorca idei. Zauważył to również autor słynnej „Struktury rewolucji naukowych” – Thomas Kuhn, który wprowadził do refleksji nad nauką pojęcie paradygmatu.  Uważał on, że typowi naukowcy nie są obiektywnymi i niezależnymi myślicielami, a większość z nich obraca się wokół tego, co im znane - „Człowiek, który usiłuje rozwiązać problem zdefiniowany przez istniejącą wiedzę i technikę nie ma szerszych horyzontów. Wie on co chce osiągnąć, i w zgodzie z tym projektuje swoje narzędzia i kieruje swoimi myślami”.

Nauka tworzona przez XIX wiek, a i później jeszcze, pełna była ślepych entuzjastów, wierzących, że już tuż, a ustalą całą prawdę o świecie w oparciu o rozum, i to rozum rozumiany wąsko, przykrojony do metodologii powszechnie uznanej za obowiązującą,  naturalistyczną. Jednak ustalenia poczynione w ciągu wieku XX przez refleksję nad metodologią naukową i jej narzędziami (filozofia nauki), przez takich przedstawicieli jak Popper ze swoją zasadą falsyfikowalności (zastępującą zasadę weryfikowalności, jako nie dającej pewności) , Kuhn ze swoimi paradygmatami, Feyerabend z podważeniem metodologii jako rodzaju dogmatyki,  u nas Amsterdamski, Jodkowski i wielu innych – zadały poważne ciosy w naiwne samozadowolenie scjentystów.

Tu zrobię małą dygresję. Otóż ojcem współczesnej metody naukowej (zdaniem prof. Jodkowskiego) był Darwin. Nie Galileusz lub Newton, jak często się słyszy, lecz właśnie Darwin. Ci wcześniejsi w swej metodzie badawczej odwoływali się jeszcze do czynników transcendentnych, nie byli tak konsekwentni metodologicznie, mówili o Bogu jako przyczynie sprawczej i w swej metodzie badawczej często zakładali jego istnienie. Darwin był bardziej konsekwentny. Jak sam o tym pisze w jednym z listów: „Gdybym był przekonany, że teoria doboru naturalnego potrzebuje takich dodatków, odrzuciłbym ją jako bzdurę […] nie dałbym grosza za teorię doboru naturalnego, gdyby wymagała ona cudownych dodatków, na jakimkolwiek etapie jej opracowania. Dużo myślałem nad tym, co mówisz o konieczności nieustannej interwencji siły stwórczej. Nie potrafię tej konieczności dostrzec, a przyjęcie jej czyniłoby — według mnie — teorię doboru naturalnego bezwartościową.”

Tak więc to Darwin jako pierwszy sformułował w pełni konsekwentną metodę naukową, zwaną naturalizmem. „Zasada ta, wymaga od uczonego, aby ten używał tylko wyjaśnień naturalnych. Jakiekolwiek tłumaczenia zjawisk przyrodniczych przez odwołanie się do czynników nadnaturalnych jest niedopuszczalne – nienaukowe.” – jak ujął to późniejszy arcybiskup, Józef Życiński, jeszcze w czasach, gdy „robił za naukowca”.

Metodologia ta rezygnuje ze sposobu wyjaśniania opartego również na rozumowaniu teleologicznym – bo np. jaką metodę sprawdzenia można zastosować do przyczyny celowej? Przyczyna sprawcza, do której odwołuje się metoda naukowa (wg aktualnego paradygmatu naturalistycznego) może być weryfikowalna, choćby poprzez zastosowanie w eksperymencie oddziaływanie tych samych przyczyn, natomiast dużo trudniej ująć w podobne karby przyczynę celową.

Metodologia naturalistyczna – i nie ma co tu chować głowy w piasek - pośrednio implikuje światopogląd materialistyczny, ateistyczny, gdyż ruguje istnienie Boga z rozważań nad światem. A w każdym razie inspiruje w tym kierunku. Być może dlatego często można spotkać ludzi, którzy zafascynowani nauką popularna, deklarują „światopogląd naukowy”, jakby to coś realnie znaczyło (nie ma takiego „zwierzęcia”). Jednak w środowisku samych naukowców takie przekonania, mam wrażenie, nie są już tak modne, choćby dlatego, że mając bardziej pogłębioną wiedzę (jeśli mają) nie tłumaczą sobie świata w tak trywialny i płaski sposób, jak nie przymierzając ten Gagarin, co to był w kosmosie („niebie”), a tam „Boga niet”. To chyba Pasteurowi przypisuje się cytat: "Trochę nauki oddala nas od Boga, zaś wiele nauki przybliża nas do Niego".

Jak to ujął (na przełomie wieków XIX i XX) William James („Doświadczenia religijne”) : „W „teorii ewolucji", która po stuletnim wyczekiwaniu chwili stosownej w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat tak szybko rozlała się po Europie i Ameryce, widzieliśmy podstawę dla nowego rodzaju religii przyrodzonej, która w znacznej części naszego pokolenia zepchnęła chrystianizm zająwszy jego miejsce. Idea ewolucji powszechnej prowadzi do doktryny ogólnego melioryzmu i postępu, która tak dobrze czyni zadość potrzebom religijnym lub zdrowomyślnym, że wydaje się, jak gdyby umyślnie w tym celu powstała.”

Teoria ewolucji Darwina jest wbudowana w szerszą teorię ewolucji wszechświata. Tak nawiasem, jednym z jej przedstawicieli, do dnia dzisiejszego bardzo admirowanym również przez kręgi lewicowe, był jezuita Teilhard de Chardin. Taka, nie do końca akceptowana przez kościół, chrześcijańska gnoza, która inspirowały później min. ruchy New Age.

Poruszam temat Darwina, ponieważ na spotkaniu użyłem jego teorii jako przykładu, że nie z każdą tezą stawianą przez co niektóre teorie Kościołowi jest po drodze. Ta co prawda ma swoje zalety (idea ewolucjonizmu), ale i ograniczenia, a nawet – jak w tym przypadku – wchodzi w konflikt (na gruncie metafizyki) z ideą Boga, z ideą celowości, transcendencji. A ponieważ jest ona jednym z kanonów składających się na współczesny paradygmat naukowy (+teoria względności +kwantowa +naturalizm metodologiczny itp.), dlatego wszelkie próby podważenia jej oraz metodologii naturalistycznej (na której się wspiera) skazywane są na niepowodzenie. Ale w świecie nauki tak już bywa, że jej podstawowe paradygmaty zmieniają się co jakiś czas (np. paradygmat Ptolemeusza podmieniony przez Kopernika, Newtona przez Einsteina itd.). Obecnie spór dotyczący ograniczeń metodologicznych naturalizmu toczy się głównie na polu teorii ewolucji właśnie, a toczą go głównie naukowcy skupieni wokół teorii (również opartej na idei ewolucji) inteligentnego projektu. Myślę, że warto ten spór śledzić, bo być może na jego gruncie zostanie wykuty nowy paradygmat metody naukowej.

Dodatkowo duże znaczenie tej teorii ewolucji (Darwina) wynika również z tego, że stała się ona jednym z filarów tzw. „światopoglądu naukowego”, którego podważanie budzi duże emocje, jak zresztą wszelkie spory światopoglądowe.   

Ale odbiegłem nieco od tematu.

Fakty naukowe

Podczas spotkania wystąpiłem z obrazoburczą tezą, że w nauce nagie fakty nie występują.

Chciałbym się z tego w pewnym sensie wytłumaczyć z jednej strony, ale i uzasadnić z drugiej. Powszechnie uważa się, że nauka zajmuje się faktami. I ogólnie biorąc można się z tym zgodzić (choć może adekwatniej byłoby mówić ostrożniej o obserwacjach; mówiąc o faktach stawiamy „kropkę nad i” – jest to jak ostateczne stwierdzenie, że tak jest obiektywnie; w tym wypadku słowu „fakty”(pewniki) brakuje skromności), ale jednocześnie zastrzec pewne warunki, polegające na doprecyzowaniu czym owe fakty są. Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach. Nie inaczej i w tym wypadku. Nauki szczegółowe są, jak wiemy, różne i jest ich wiele. Określenie „nauka” w naszym języku jest dość szerokie i odnosi się zarówno do nauk ścisłych jak i wszelkich pozostałych. Anglosasi natomiast mówiąc o nauce używają słowa „science", co ogranicza się w gruncie rzeczy do nauk ścisłych, umatematycznionych.

Przedmiot i metody badań nauk ścisłych i np. humanistycznych są różne, jak również różna jest „materia”, którą badają (bardzo ogólnie rzecz biorąc, nauki ścisłe odnoszą się do tego, co policzalne, a humanistyczne do tego co jakościowe). Np. historyk chcąc podać przykład jakiegoś faktu ze swojej dziedziny, przywoła datę bitwy pod Grunwaldem i dokumenty na jej temat i na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prawie  oczywista (jak spróbuję to jednak dalej pokazać – wcale taką oczywistą nie jest).  Co jednak ma nam do powiedzenia o faktach, którymi się zajmuje, dajmy na to, fizyk kwantowy, skoro – jak sami fizycy twierdzą – wgląd w te „fakty” możliwy jest tylko narzędziami matematycznymi i język opisowy nie jest w stanie tej rzeczywistości na poziomie kwantowym adekwatnie ująć.

Oczywiście, naukę należy docenić jako sprzymierzeńca w poszukiwaniu prawdy. Zalecane jest w niej podejście poprzestające na opisie, które rezygnuje z wartościowania. Ale co np. w przypadku, gdy tą nauką jest nauka o wartościach, gdy jej częścią jest wartościowanie właśnie? Widać na tym przykładzie, że nie jest łatwo skonstruować taką definicję, która by uwzględniała wszystkie przypadki.

Często można się spotkać z tezą, że nauka jest jednym z najlepszych narzędzi ustalania faktów (pewników), a jedyna jej słabość to występujące czasem trudności z ich interpretacją. W nauce interpretacja zebranych obserwacji (faktów?) jest kluczowa. Współcześnie wśród filozofów nauki dominuje pogląd, że  to jak widzimy owe „fakty”, czy raczej spostrzeżenia, zależne jest od ich interpretacji, od teorii jakimi je oświetlamy. A nawet, że pewne rzeczy są możliwe do zaobserwowanie jedynie wskutek istnienia teorii naukowych, które na ich istnienie wskazują, jak choćby w fizyce kwantowej. Dotyczy to nie tylko naszych zmysłów, ale i rozmaitych skonstruowanych przemyślnie przyrządów, którymi mierzymy i jesteśmy zdolni do rejestracji  zdarzeń, których zmysłami bezpośrednio nie moglibyśmy uchwycić.  Narzędzia obserwacyjne, szczególnie te bardziej skomplikowane (np. akceleratory cząstek) wiążą się z zaufaniem do teorii, na bazie których powstały. Tak więc używając ich patrzymy przez pryzmat teorii, dzięki którym przyrządy powstały, zakładając ich prawdziwość. Mamy więc założenia, a w nich ukryte następne założenia. To spostrzeżenie dotyczy także nauk humanistycznych, w tym również historii. Bo fakty historyczne dopiero wówczas nabierają sensu, gdy się je zinterpretuje, gdy włączy się je w związek przyczynowo-skutkowy, powiąże ze sobą, wskaże na motywy itp.

Wg Kanta w ogóle nie jest możliwe uchwycenie bezpośrednio rzeczywistości, gdyż każde nasze postrzeganie poprzedzają aprioryczne formy naoczności, takie jak czas i przestrzeń., czy aprioryczne kategorie intelektu (np. porządkowanie zjawisk w strukturze przyczynowo-skutkowej).  Mamy więc w poznaniu ludzkim do czynienia jedynie z fenomenami, a do „rzeczy samej w sobie” (noumenu) nie mamy dostępu.

Oddzielnym i bogatym zagadnieniem jest sprawa języka, jako narzędzia poznania i to narzędzia podstawowego, również w nauce (jak być  może pamiętasz, pisałem już o tym w przeszłości, więc nie będą tego wątku w tym liście rozwijał). Jeszcze innym zagadnieniem jest kwestia pewnej, niezawodnej metody badawczej – indukcjonizm, czy dedukcja. W naukach matematycznych dominuje dedukcja, w naukach przyrodniczych, gdzie podstawą jest obserwacja, dominuje indukcja. Ale przecież indukcja nie jest metodą pewną. Jest, ogólnie biorąc, wnioskowaniem od szczegółu do ogółu (odwrotnie niż przy dedukcji), ale wnioskowanie owo obejmuje ekstrapolację, do której ma ograniczone prawo, gdyż nigdy nie możemy być pewni, że choć w 100 przypadkach obserwowane przedmioty posiadają jakąś cechę, to w 101 również będzie ją posiadać.

Piotr Bylica formułuje to w ten sposób: „We współczesnej filozofii nauki przyjmuje się tezę o uteoretyzowaniu obserwacji, która – najprościej mówiąc – głosi, że „nagie fakty” nie istnieją. Nie należy tego traktować jako zarzutu wobec nauki. Po prostu ideał poznania, jaki przyjmował indukcjonizm, był iluzją. Nie jest tak, że uczeni obserwują nagie fakty, nie jest też tak, że jakaś czysta obserwacja jest początkiem wiedzy naukowej. Nie jest to wina naukowców. Po prostu nieuprzedzona niczym obserwacja nie istnieje.”

Okazuje się jednak, że i dedukcja nie jest wolna od wad. W zeszłym już wieku Kurt Godel wykazał, że na gruncie każdego systemu dedukcyjnego dostatecznie rozbudowanego (np. matematyki) nie da się udowodnić jego wewnętrznej niesprzeczności bez przyjęcia dodatkowych założeń i w związku z tym jest systemem niezupełnym. Jeśli wprowadzi się to dodatkowe założenie, to i tak będą istniały w obrębie systemu zdania, których niesprzeczności nie da się udowodnić bez wprowadzenia następnych dodatkowych założeń i tak w kółko.

Kazimierz Jodkowski, jeden z filozofów nauki, pisze z kolei: „Przypuszczenia i hipotezy wpływają na decyzję dotyczącą sposobu ograniczania w ten a nie inny sposób pola obserwacji. Same wyniki obserwacji, nawet liczbowe, mogą być różne, jeśli otrzymują je zwolennicy różnych koncepcji teoretycznych. Przecenianie, docenianie i lekceważenie faktów zależy od wiedzy człowieka. Teoria nadaje też sens fizyczny pomiarom oraz determinuje, jaką wielkość należy badać jako najbardziej istotną dla danego typu zjawisk. Również rozważania dotyczące błędu pomiaru i jego rzędu toczone są między innymi pod wpływem założeń co do natury zjawiska. Wynika z tego, że w badania empiryczne uwikłane są założenia teoretyczne, dotyczące bezpośrednio przedmiotu tych badań, oraz że byłyby one niemożliwe bez tych założeń. To, jakie informacje uczeni odbiorą, zależy od ich wizji świata, która jest ukonstytuowana przez teorie, to jest przez założenia, przypuszczenia, hipotezy.”

Jak więc widać z przytoczonych wyżej przykładów i argumentów twierdzenie, że „nagie fakty” w nauce nie istnieją (zwłaszcza w naukach przyrodniczych), nie jest pozbawione podstaw, ani nie wynika z niewiedzy - przeciwnie.

Nie istnieje również coś takiego, jak nauka bez założeń, czy to sposobów poznania, jego adekwatności, czy innych, metafizycznych (np. możliwości poznania świata, wykluczenia transcendencji lub przeciwnie itp.). Niektórzy np. uważają, że bez założenia zasady przyczynowości świat nie mógłby być poznawalny rozumowo, nie byłby racjonalny.

Można wręcz pokusić się o tezę, że każdy racjonalizm oparty jest na jakichś wstępnych założeniach (choćby aksjomaty), na jakimś zawierzeniu (wierze?).

 

Podsumowując

Zdaję sobie sprawę, że formuła takich spotkań, jak tamto sprzed miesiąca, raczej wyklucza głębsze pochylenie się na często dość złożonymi problemami, które wyłonią się podczas dyskusji. Sprawiałoby to wrażenie „dzielenia włosa na czworo”, a przecież cel spotkania luźny i innym sprawom poświęcony.  Poza wszystkim – niektóre tematy są zwyczajnie zbyt hermetyczne. Zastanawiałem się, czy w ogóle zawracać Ci głowę tym wszystkim. Skoro jednak już napisałem, to podsumuję całość:

  1. Znaczenie nauki jest trudne do przecenienia i pomimo różnych kontrowersji jest, jako jedno z narzędzi rozumu, sprzymierzeńcem wiary – w myśl refleksji zawartych w encyklice „Fides et ratio”.
  2. W nauce operuje się pojęciem faktów (czyli pewników) bardziej na poziomie języka potocznego, w znaczeniu – stan rzeczy lub zdarzenie, które miało miejsce w rzeczywistości i w tym sensie prawdziwe (bo istniejące; np. ta przysłowiowa bitwa pod Grunwaldem). Jednak gdy poddać to pojęcie krytycznej refleksji, to okaże się ono nie tylko wieloznaczne, ale również takie, które wprowadza nierzadko wręcz fałszywą sugestię co do obiektywnych (intersubiektywnych?) walorów tego pojęcia (np. w fizyce). Choć nauka dąży do prawdy, to jej rezultatem są głównie do prawdy podobne (prawdo-podobne) przybliżenia (a czasem również oddalenia). Nauki przyrodnicze operują teoriami (o znaczeniu innym niż teorie w matematyce), które są czymś, co starożytni Grecy określali słowem „doxa”, czyli mniemaniem, w odróżnieniu od wiedzy (episteme). Teorie naukowe wyrażają jedynie stan naszej wiedzy na dany moment, choć słowo wiedza nie jest może właściwym, gdyż są to w gruncie rzeczy nasze mniemania, niedoskonałe próby dotarcia do prawdy.

Trochę się rozpisałem, być może można było znacznie krócej, bo przecież i tak tylko zarysowałem problemy. Mam nadzieję, że „wytrzymasz” to czytelniczo.

Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę Błogosławieństwa Bożego:

RG



tagi: nauka 

RG
17 lutego 2026 12:46
1     704    3 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

Henry @RG
17 lutego 2026 15:17

;-)

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować